Jeżeli przeciętnego Polaka zapytać by o to, z czym kojarzą mu się Wadowice, odpowiedź prawdopodobnie brzmiałaby: z Janem Pawłem II. Miasto, w którym urodził i wychował się Karol Wojtyła jest dzisiaj jednym z bardziej znanych ośrodków kultu religijnego, do którego co roku ściągają setki turystów. Papież Polak wrósł w Beskid Mały mocno – na jego ślady można natknąć się niemal na każdym kroku. Nie każdy wie, że górskie szlaki przemierzały również inne, ciekawe postaci, mocno związane z historią regionu. Jedną z nich jest Emil Zegadłowicz – poeta, prozaik, znawca sztuki i tłumacz oraz założyciel grupy literackiej „Czartak”, który w 1933 roku z okazji dwudziestopięciolecia twórczości otrzymał honorowe obywatelstwo Wadowic. Trzy lata później odebrano mu je z powodu kontrowersji, jakie wzbudziła powieść „Zmory”. Miano skandalisty, pornografa i gorszyciela ciągnie się za nim do dziś.

Emil Zegadłowicz urodził się w Białej Krakowskiej, dzisiejszej historycznej dzielnicy Bielska-Białej, jednak dzieciństwo i młodość spędził w Gorzeniu Górnym niedaleko Wadowic, gdzie jego ojciec miał dwór letniskowy. Uczęszczał do gimnazjum w Wadowicach, które ukończył w 1906 r. Kto czytał „Zmory”, czwartą część autobiograficznego cyklu „Żywot Mikołaja Srebrempisanego”, ten bez problemu będzie mógł sobie wyobrazić, jak mogło wyglądać dorastanie wrażliwego Emila.

„Tych chamów – małych i dużych – ksiądz hrabia bardzo nie lubił; gardził; brzydził się nimi – w domu, w szkole – wszędzie. Alkohol natomiast lubił – byle nie był w zbyt nikłych dawkach. Wódki przyrządzał sam: dwa gatunki wódek – jedną wysokoprocentową, drugą słabszą z dodatkiem soku malinowego – c h a m ó w k ę. Tę pierwszą pijał sam – bo i z kimżeby – w Wołkowicach! – drugą częstował gości; niechętnie; tak tylko; z przymusu i że to trzeba czasem trzeba kogoś poczęstować! Chamów!”

/Emil Zegadłowicz, „Zmory”/

Współcześnie w Wadowicach znaleźć można przynajmniej dwa miejsca związane z pisarzem. Jednym z nich jest pomnik, znajdujący się na ul. Mickiewicza, drugim ul. Emila Zegadłowicza, będąca częścią słynnej drogi krajowej nr 28, która przecina niemal całe Beskidy. To właśnie tutaj znajdowała się opisywana w „Zmorach” ul. Tatrzańska, którą potem ochrzczono imieniem autora powieści.

„Ulica, przy której mieszkał Mikołaj – to cały, swoisty, odrębny świat. Zamykał się on – i otwierał – zależy, z której strony nań spojrzymy – podówczas (- od owego czasu wiele się zmieniło – może nie tyle na jakość, ile na ilość) zamykał się więc i otwierał ów świat ujściem ulicy Tatrzańskiej do ulicy Lwowskiej z jednej strony, a murem smętarnym z drugiej. (…) Ulica jako taka (als ding selbst an sich), wypowiadała się dwoma zasadniczymi elementami: błotem lub kurzem. Przeważnie błotem; – był to przecież walny szlak – Wołkowice-Sucha – szlak targowy i jarmarczny – nie dziw więc, że czasu słot – a te w tej szerokości geograficznej przeważają (- chmury tu nawiewa wiatr od zachodu -) – furgony beskidzkie i wozy ładowne żydowskimi kramami lub chałupniczym sprzętem bednarskim – mięsiły maź gościńca skutecznie i wytrwale: szeroko, głęboko! – a że i po bokach trotuarów nie było więc cała ulica od ściany do ściany była płynną strugą koloru ciemnomlecznej kawy – miszkulancja rędziny rodnej plus H2O z przymieszką wysokoprocentową końskiego łajna. (…) Odmianą wyczekiwaną i z upragnieniem wyglądaną były liczne – no bo jedna droga prowadziła na smętarz – pogrzeby – Wypatrywano klepsydr jak depesz ze świata. Nareszcie jawi się czarnobrzeżny afisz na rogu ulicy! – no widzicie! – zmarło mu się! – powiedzcie ino! – a kiedy pogrzeb – ! – Jedna klepsydra napawała nadzieją, że wnet pojawi się druga i trzecia – taki tu był bowiem przesąd, że zawsze po trzech w Wołkowicach umrzyków śmierć zabierała. I sprawdzało się! niemal zawsze. (…) Dla tych pogrzebów warto było żyć i nie umierać przy ulicy Tatrzańskiej”.

/Emil Zegadłowicz, „Zmory”/

Z Wadowic, pieszo (czarnym szlakiem) lub samochodem (wspomnianą drogą krajową nr 28) udajemy się do Gorzenia Górnego, gdzie znajduje się dworek Emila Zegadłowicza, otoczony kamiennym murem i pięknym, choć trochę zaniedbanym, dużym ogrodem. Dworek Zegadłowicza w 1946 roku staraniem żony i córek artysty przemianowano w Muzeum, którego kustoszem jest obecnie wnuczka Emila Zegadłowicza, pani Ewa Wegenke. Muzeum jest czynne od maja do października, w soboty i niedziele, w godzinach od 11-15. Muzeum zwiedzać można po uprzednim zgłoszeniu telefonicznym. Inne niż weekendowe (lub godzinowe) terminy też są możliwe, jednak po uprzedniej rezerwacji pod numerem 532 788 635. Dzięki uprzejmości pani Ewy mieliśmy możliwość zobaczenia eskpozycji muzeum poza godzinami jego normalnego funkcjonowania – zależało nam na tym, by jak najwcześniej wyjść potem na szlak. Dziękujemy!

Dworek w Gorzeniu Górnym został zakupiony przez Tytusa Zegadłowicza, ojca Emila, w 1873 roku. Wtedy też został odnowiony, a wokół budynku założono piękny park. Mimo przeprowadzonego po zakupie znacznego remontu, Tytus nie zmienił wyglądu zewnętrznego domu, dzięki czemu dzisiaj możemy podziwiaj jego piękny, klasycystyczny charakter. Przed wejściem do dworku stanęły dwie, sprowadzone z Wiednia, figury – jedna z nich to Flora, bogini kwiatów, a druga Zofia, bogini mądrości.

Gorzeń Górny

Emil Zegadłowicz swoją twórczość literacką w dużej mierze poświęcił zwykłym ludziom żyjącym w okolicy, wśród których odkrywał ukryte talenty. Jednym z takich ludzi był Jędrzej Wowro, rzeźbiarz ludowy, świątkarz i snycerz, którego pisarz określał mianem „arcyświątkarza beskidzkiego”. Spod dłuta Wowry wyszło 20 klocków drzeworytniczych, którymi zilustrowano później „Powsinogi beskidzkie”.

(…) – ktos tes to tak majstruje te przydrożne świątki
dająca pozór sielny na wsiowe porządki
na porządki drogowe przyleśne upłazki
na ścieżek śródwądolnych kręte wywijaski –
ka ino spojrzyć drogom idącemu wsiowom
wszędy dojrzy figure tu starom tam nowom –
kazdo grubso topola, wierzba i przypłocie
wprasa świentom opatrzność znużonej tęsknocie. (…)

Emil Zegadłowicz, „Powsinogi beskidzkie”

Emil_Zegadłowicz

Emil Zegadłowicz przy biurku, Gorzeń Górny, czerwiec 1933.
Narodowe Archiwum Cyfrowe, licencja: Public Domain

Zwiedzający muzeum mają możliwość zapoznania się nie tylko z niezwykle ciekawą postacią Emila Zegadłowicza i jego twórczością, lecz także ze zbiorami i klimatem kulturalnym Dwudziestolecia Międzywojennego. Pamiętajmy, że w latach 20. ubiegłego stulecia Gorzeń Górny był jednym z ważniejszych ośrodków rozwoju ówczesnej kultury. W jedenastu salach ekspozycyjnych można zobaczyć różnorodne dzieła sztuki, na które składają się m.in.: obrazy, meble i książki. Wśród prezentowanych twórców znajdują się prace Leona Wyczółkowskiego, Jerzego Hulewicza, Józefa Mehofera, Władysława Lama, Stanisława Nowakowskiego, Bronisławy Rychter-Janowskiej, Zbigniewa Pronaszki innych. Prezentowane jest także unikalne w swojej formie  malarstwo chińskie. Sam Zegadłowicz na obrazach pojawia się bardzo często. Lubił pozować, jednak (jak powiedziała nam wnuczka pisarza) o wiele ważniejsze było to, że po prostu chciało się go portretować.

W dworku można oglądać również rękopisy utworów poety. Ciekawa jest historia tego, dlaczego tak wiele rękopisów się zachowało, kiedy podczas okupacji rozkradziono niemal cały księgozbiór. Ze wspomnień córki Zegadłowicza, Atessy Rudel:

Po pogrzebie Tatusia wróciłyśmy z Sosnowca do Gorzenia zupełnie rozbite, z rozdartym sercem, a na dodatek chore. Miałyśmy podniesioną temperaturę i silne przeziębienie. Na drugi dzień po naszym powrocie w Gorzeniu zjawili się trzej Niemcy. Zaczęli Mamusie indagować: z kim mąż ostatnio się spotykał, z kim korespondował, gdzie są rękopisy? Mama moja , biegle mówiąc po niemiecku, zaczęła wyjaśniać, że mąż jej od dłuższego czasu był ciężko chory, co nie pozwalało mu na prowadzenie korespondencji i na bliskie kontakty z kimkolwiek. Niemcy odeszli.

Rękopisy znajdowały się w mahoniowej szafie w pokoju niebieskim, tak jak je tam Tatuś ułożył. Czas pokazał, że było to najbezpieczniejsze miejsce. Po dwóch dniach w Gorzeniu zjawili się żandarmi niemieccy i zaplombowali kilka pomieszczeń w naszym domu. Pokój żółty, niebieski oraz bibliotekę. Na drugi dzień zjawili się powtórnie, po odklejeniu plomb powynosili wiele rzeczy, a wśród nich książki w języku niemieckim. Pomieszczenia ponownie zaplombowali i odjechali. Nazajutrz, z samego rana, przed nasz dom zajechały trzy wojskowe samochody ciężarowe i jedno cywilne auto, z którego wysiadł niemiecki kapitan. Pokazał on mojej Mamie pismo informujące, że ma prawo zabrać z naszego domu wszystkie przedmioty, które jego zdaniem przedstawiają wartość muzealną. Zbiory te, jak powiedział, mają być przewiezione do muzeum w Katowicach, co nigdy nie nastąpiło. Kapitanowi towarzyszyło dwóch podoficerów, którzy przywieźli ze sobą dziesięciu Żydów z wadowickiego getta. Kapitan, zachwycony bogactwem kolekcji, zaczął ładować do swojego samochodu co cenniejsze przedmioty. Pamiętam, że zabrał kilka pięknych mahoniowych kasetek, zwinięte kilimy, a bibelotami zapełnił nasze walizki i kuferki podróżne. Plądrował szuflady a rzeczy, które mu się nie podobały wyrzucał na podłogę. Zajrzał także do mahoniowej szafy w niebieskim pokoju „tu są same papierzyska, to mnie nie interesuje” powiedział . W ten sposób ocalały rękopisy Tatusia.

Kapitan zajęty był jedynie swoją „prywatna grabieżą”. Dzięki temu i przy ogromnej pomocy wyznaczonych do załadunku Żydów, udało nam się ocalić trochę świątków Jędrzeja Wowry i książek. Wszystko co nam podawali, kryłyśmy pod płaszczami i wynosiłyśmy do splądrowanych już wcześniej pomieszczeń. Wszystkie drzwi były pootwierane, w domu panował przeraźliwy ziąb i ogromne zamieszanie. Muszę dodać, że od stycznia 1941 roku Niemcy zakwaterowali u nas cztery wielodzietne rodziny wysiedlone z sąsiedniej wioski.

To były okropne chwile. Na naszych oczach wynoszono z domu gromadzone przez lata, kosztem wielu wyrzeczeń, zbiory moich rodziców. Z pozostałą resztą może pani robić co się pani podoba – powiedział do Mamy kapitan, to nas już nie interesuje.

Nareszcie nadeszła ta chwila, że hitlerowcy odjechali. Wywieźli z naszego domu w Gorzeniu ogromną , liczącą około dziesięciu tysięcy tomów bibliotekę, zbiór sztuki ludowej będący największą w tamtym czasie prywatną kolekcją w Polsce ( na zdjęciu niewielki fragment jednego z pomieszczeń ), parę tysięcy sztuk grafiki francuskiej, piękne kilimy, wiele bibelotów i kilka najcenniejszych olejnych obrazów. Dom opustoszał. Na podłogach leżało mnóstwo papierów i różnych przedmiotów. Zaczęłyśmy to wszystko powoli porządkować. Wtedy nie zdawałyśmy sobie sprawy, że nie jest to koniec strat i zniszczeń. W 1945 roku działania frontowe mające miejsce na naszym terenie spowodowały wiele kolejnych szkód.

/www.muzeumezegadlowicza.pl/

Wizyta w dworku jest świetnym punktem wyjściowym do dalszej wędrówki po ścieżkach Beskidu Małego. Żółtym szlakiem, który zaczyna się zaraz za restauracją „Czartak” (UWAGA! Szlak na mapach biegnie nieco inaczej – początkowy odcinek został jakiś czas temu zmieniony) udajemy się w stronę Leskowca, by doświadczyć klimatu górskiej wolności.

„Poezja moja wyrosła na tle gór, jasna po stronie słonecznej, mroczna po stronie cienistej. Naukę poetyki pobierałem od pasterzy, z którymi miałem szczęście pasać krowy w dzieciństwie (…) Przewiny moje były i są zawsze te same: ukochanie swobody, ekstatyczne wsłuchiwanie się w mowę ziemi i nieba i miłość biedoty bytowania człowieczego.”

/Emil Zegadłowicz/

Ciekawym miejscem, które znajduje się zaraz za skrzyżowaniem szlaków na Królewiznie (Magurze Ponikiewskiej) jest polana opodal Jaśkowej Drogi. Znajduje się na niej Jaśkowa Arka, ukryty w zaroślach domek pustelnika. Przez ponad 20 lat mieszkał w nim Jan Sasor, górnik z Libiąża, który przybył tu po wypadku w kopalni. Sam wybudował obity blachą kontener bez drzwi, który miał czekać na zbliżający się potop. Najmował się do prac polowych i pomagał góralom. Zmarł nagle we wrześniu 1999 r.

Arkę nie tak łatwo znaleźć – od szlaku w pewnym momencie odbija mała ścieżka w bok. Pewnym wyznacznikiem mogą być linie energetyczne, które przebiegają zaraz obok domku pustelnika – warto się nimi posiłkować.

Zielono-żółtym szlakiem dochodzimy do schroniska PTTK „Leskowiec”, którego nazwa nie jest do końca precyzyjna – szczyt Leskowiec znajduje się kawałek dalej, samo schronisko położone jest z kolei pod szczytem Gronia Jana Pawła II (wcześniej Jaworzyna). W 1981 roku z inicjatywy działaczy Oddziału PTTK w Wadowicach, szczyt Jaworzyny uzyskał drugą nazwę – Groń Jana Pawła II. Zaczęła ona obowiązywać od 1982 roku, od obchodów 50 rocznicy istnienia schroniska. 31 grudnia 2003 roku nazwa ta została oficjalnie ogłoszona w Dzienniku Ustaw i obecnie jest to jedyna obowiązująca nazwa szczytu, na zboczach którego usytuowane jest schronisko. I tutaj ciekawostka – Groń Jana Pawła II to jedyny szczyt górski na świecie, którego nazwa została nadana na cześć Karola Wojtyły. W 1995 roku pod szczytem wzniesiono kaplicę papieską oraz stalowy krzyż z 1991 roku, poświęcony „ludziom gór”.

Warto przejść się czerwonym szlakiem na szczyt Leskowca, który jest jednym z najlepszych punktów widokowych w okolicy. Miejscowa ludność nazywała Leskowiec w przeszłości „Hrabskie buty”, z powodu dwóch płyt kamiennych z wykutymi śladami stóp. Płyty te prawdopodobnie upamiętniają wejście na szczyt Adama hr. Potockiego i hrabianki Mery Wielopolskiej. Los kamiennych tablic, o których wspominały dawne przewodniki turystyczne, był nieznany do czasu, kiedy Jan Lizak, gospodarz schroniska i Piotr Toma, zapalony górski turysta z Andrychowa, odnaleźli je porzucone w zaroślach. Płyty zostały przetransportowane pod schronisko i umieszczone koło rogacza.

Ciekawostką jest również Beskidzka Droga św. Jakuba, znakowana za pomocą symbolu muszli. Droga św. Jakuba, nazywana po hiszpańsku Camino de Santiago, jest jednym z najważniejszych, chrześcijańskich szlaków pielgrzymkowych. Istniejący od ponad 1000 lat szlak przetrwał do dnia dzisiejszego i przebiega przez niemal całą Europę, kończąc się w katedrze w Santiago. W ciągu ostatnich kilku lat (2009-2015) wszystkie Drogi Św. Jakuba w Polsce wydłużyły się i rozbudowały, powstało również wiele nowych, a od roku 2011 powstaje Beskidzka Droga Św. Jakuba, która biegnie od Starego Sącza do Ołomuńca w Republice Czeskiej. Szlak w Beskidzie Małym jest jej częścią.

Schodząc z Gronia Jana Pawła II można udać się albo do Wadowic (dłuższa trasa – niebieskim szlakiem przez Ponikiew), albo do Gorzenia Górnego (krótsza trasa – niebieskim szlakiem przez Ponikiew, a następnie żółtym Małopolskim Szlakiem Papieskim i kawałek czarnym pod dworek Zegadłowicza). Wybraliśmy krótszą opcję, ponieważ w Gorzeniu zostawiliśmy samochód. Krótsza trasa wiedzie głównie przez las, więc idąc można się rozkoszować bliskością natury, którą tak uwielbiał Zegadłowicz. Na koniec chciałabym podrzucić Wam jeszcze jeden cytat ze „Zmor”, który wyjątkowo mnie urzekł:

Nieokreślenie, myślą nieujęcie czuł łączność ze snem ziemi nocnym, z chmurami, z księżycem, z gwiazdami – Oto jest -: malutki człowieczek, atom globu, mieszkaniec nieznacznej planety, zagubionej we wszechświecie – nieważnej – jedno przez tę mękę świadomości istniejącej – Spod nawyków i wymówień wyłuskiwał się – na dni instynktu – przycupły zmysł kosmiczny, ze zmysłów najzacniejszy – Tknęła go skrzydłem, obrotami gwiazd drżącymi, wieczność – tchem promieniejącym owionęła go przestrzeń bez granic, bez miana – Po raz pierwszy TAK to odczuł i w siebie przejął – Stał się.

Udział wzięli: Justyna Sekuła i Łukasz Libront

Opracowano na podstawie: